Szybki wypad do Londynu to zawsze dobry pomysł!

Albo nawet i najlepszy.





Do Londynu nigdy nie lecę na długo. To trochę jak z miastami w Polsce u mnie. Chętnie odwiedzam, lecz najwięcej przyjemności czerpię, gdy wypad ten jest krótki, średnio zorganizowany, ale intensywny. Plan był dosyć spontaniczny. Szczepan (a.k.a. Kolekcjoner Butów) rzucił hasło, że chciałby pierwszy raz w życiu odwiedzić, a ja chętnie przyjąłem propozycję z racji ponad roku bez wypraw w tym kierunku. Wsiedliśmy w dwa osobne samoloty i z ok. 10 minutową różnicą lądowań spotkaliśmy się na Stansted. Londyński trip można było uznać za rozpoczęty.



Wyprawa do Londynu to specyficzne wydarzenie. Z jednej strony wybierasz się do innego kraju, z drugiej jak się uprzesz to możesz wyjazd ten traktować jako krajowy. W sumie z Wrocławia do Warszawy też się lata. Na lotnisku Stansted komunikaty napisane są po Polsku. Jest duża szansa, że bilety na autobus do Londynu sprzeda Ci Polak. Samo centrum miasta, szczególnie to turystyczne nie odbiega pod pewnymi względami od naszych topowych miast turystycznych. Dużo ludzi różnych narodowości, tłok, punkty z pamiątkami i lokale, w których prawdopodobnie szybciej dogadasz się w ojczystym języku niż jakimkolwiek innym. Lecz nie tylko kawiarnie i restauracje są "obstawione". Gdy przekraczasz progi Dover Street Market, na dźwięk Twoich rozmów słyszysz "dzień dobry". I nie jest to kwestia wyuczona na potrzeby turystów. Ciężko określić mi czy to ok czy nie. Wiem natomiast, że nie dla wszystkich tam duża ilość Polaków jest czymś optymistycznym. Z taką sytuacją spotkałem się mierząc bluzę w Stone Island. Sprzedawca zapytał mnie skąd jestem, po czym odpowiedział "Kiedyś tam pojadę. Ale wrócę." I mimo, że był miły to poczułem że jest to diss na mój dowód osobisty. Ale nie zamykajmy tego wpisu w kwestiach Polaków na wyspach. Skupmy się na... nas i naszej wyprawie.






Lecąc do Londynu przeważnie nie mam planów. Wiadomo, chcę zahaczyć o Soho i może coś nabyć, ale wypad do Londynu sam w sobie jest dla mnie wystarczającą satysfakcją. Przemieszczanie się z miejsca do miejsca, z buta, metrem i czymkolwiek innym, jest niczym powietrze dla moich płuc. Uwielbiam obserwować ludzi tam. Lubię podziwiać ich odwagę i kreatywność w ubieraniu się, a jednocześnie brak reakcji na takie osoby. Każdy mocno żyje tam dla siebie. Albo przynajmniej takie daje wrażenie. Przez 2,5 dnia ja i moja załoga przeszliśmy 60km pieszo. Szczepan trochę mniej bo zawinął dzień wcześniej.






Choć samo odwiedzanie ciekawych punktów na streetwearowej mapie odbyć się musiało. Gdy byłem w Londynie rok temu to Dover Street Market był jeszcze na Dover Street. Teraz to nowy i jeszcze piękniejszy koncept. Imponujące instalacje jednak świecą najgorszym sortem produktów, które pozostały po fajnych kolekcjach. Najciekawiej prezentowała się oferta Noah. Zahaczyliśmy też o Palace, lecz tam na ławce sklepu siedzieli dziadkowie dzieci, które właśnie robiły zakupy w środku. Oferta podobnie skromna co w DSM, ale to nie przeszkadzało aspirującym Hypebeastom by kupić i te najmniej ciekawe rzeczy. W Supreme nie było nic. Dosłownie. Za to przed... kolejka średnio na 10-15 osób, w której przedział wiekowy to ok 10-15 lat. Wszyscy odjebani w Supreme od stóp do głów. Kawałek dalej za rogiem, na jednej ze spokojniejszych ulic jakiś 15latek robił zdjęcia swojemu rówieśnikowi. Miał na sobie stuff z ostatniej kolekcji Supreme x TNF, więc zakładam, że zaraz po tej wrzutce na IG, produkt poleci na Azje. Wiesz stary, jeśli masz 20 lat i handlujesz Supreme to jesteś sprytny ale i stary. Bo co masz powiedzieć, gdy na tej samej grupie na fejsie, lepszym towarem handluje 12latek? Tak to teraz działa. Już chyba nikt w tej marce nie doszukuje się czegoś innego niż biznesu.



Za to brakiem tłoku i kolejek świecił sklep Stone Island i maharishi - dwa najważniejsze punkty pośród sklepów, które chciałem odwiedzić. I jak w pierwszym obsługa sklepu pewnie często trafia na tych, którzy witają na Peter Street, w tym drugim dominuje spokój i zajebista obsługa, która nie jest "zmęczona". Mimo iż punktów, które odwiedziliśmy było nie mało, ostatnim z nich który miał dla mnie znaczenie był Selfridges. Robi wrażenie choć średnio jara mnie złoto. To co jarało mnie najbardziej, to ekspozycja polskich marek - Misbhv i UEG pośród takich brandów jak 424, Off-White, adidas Originals x Alexander Wang, maharishi, CdG Play czy BAPE. Kibicuję mocno!




Mógłbym pisać jeszcze dużo na temat pozostałych punktów jak Patta, size, Footpatrol czy też innych miejsc, do których dotarliśmy. Ale nie będę. Napiszę za to o jednej z obserwacji, bardzo widocznej na ulicach. Boost wciągnął powietrze z systemów Air. Niezależnie czy to dzieciak w kolejce pod Supreme, czekający na Uptempo, czy dziadek wychodzący z Selfridges. Wszyscy stawiają na Boost. Raz widziałem VaporMaxy na nogach, ale sprzedawca w Niketown się nie liczy. Nasza ekipa też postawiła na Boost - Szczepan i ja w 350, Patrycja w EQT 93/17, Ania w UltraBoost. Mój serdeczny przyjaciel Kuba, który mieszka w Londynie od kilku dobrych lat, także przybył do nas w UltraBoostach. I choć nikt tego nie ustalał, jeśli chodzi o kilometry i komfort to tylko #boostvibes.

Szczepan także przygotował swoje relacje z tego wyjazdu, tak więc warto byś zahaczył o jego stronę:
http://kolekcjonerbutow.pl

To był dobry trip. Jak każdy do tego niesamowitego miasta.


Zdjęcie można traktować jako wiadomość dla Banksy'ego od Blek le Rat. Ale nie trzeba.

.zulu kuki

0 komentarze:

Prześlij komentarz