Szukając alternatyw - Diadora N9000 - recenzja

Włoska robota!




Szczerze powiedziawszy w życiu miałem jedną parę butów Diadora. Były to używane korki, które kupiłem jako dzieciak na targu. Kiedyś sporo kopałem. Gdy murawa zmieniła się w betonowe boisko, a ja zacząłem kiwać się sam ze sobą w rytm dźwięków wydobywających się ze słuchawek, Diadora jakoś zniknęła z mojej pamięci. Od kilku lat jednak próbuje powrócić na rynek, czego przeoczyć się nie da. Projekty w kolaboracji z All Gone? Sztos! "From Seoul to Rio"? Sztos! I ta kampania N9000 z A Ma Maniere...



Nadszedł więc czas, by przytulić swoje pierwsze N9000.



Może i te moje nie leżą na fajnym tyłku, ale za to fajnie leżą na stoliku LACK i na nogach. To w sumie ważniejsze dla mnie. Tak trochę.



N9000 Arrowhead to monochromatyczna bryła, której nazwa odnosi się do stożkowego kształtu cholewki, przypominającego grot strzały. Coś w tym jest, lecz nie z tego powodu je wybrałem. N9000 to klasyk Diadory. Mi zależało, by odnaleźć coś bardziej nowoczesnego pośród tych retro-kicksów. Dlatego padło na czerń i biel. Dlatego padło na patterny i nylon.



A jak wykonanie? Mimo, że buty we Włoszech nie powstały to ewidentnie jakiś Włoch kontrolował wszelkie procesy produkcyjne. Buty są dopracowane, a haftowany branding na języku i zapiętku poza odrobiną nostalgii, dodaje sporo wartości pod względem wrażeń estetycznych.





Tak więc mimo, że bardziej ciągnie mnie do nowych wynalazków, dobrze czase zboczyć z tej drogi potrójnej linii ciągłej, czy też lodowiska i wskoczyć w coś innego. Tym czymś jest m.in. Diadora, która coraz to większymi ruchami udowadnia, że pomysłów im nie brakuje. Szczególnie w przypadku N9000.

.zulu kuki



0 komentarze:

Prześlij komentarz