To był tydzień poświęcony sprzedaniu Supreme do Louis Vuitton.

Taki właśnie on był.




Mimo, że minęło trochę czasu od pokazu Louis Vuitton, podczas którego Kim Jones ujawnił kolaborację z Supreme, temat nie przestaje być gorący. Sam chciałem o tym napisać, choćby ze względu na udział polskiego modela, Dominika Sadocha, w pokazie, aleeee.... mi się odechciało. Było tego w sieci po prostu za dużo. A to informacja o cenie skrzyni i o tym, co można za nią kupić. A to plastikowe dzieci, plastikowych rodziców w ciuchach Supreme x LV. Za dużo informacji o niczym. Niczym dobrym.




Nie da się ukryć, że samo to wydarzenie i połączenie sił między dwoma jakże kultowymi na całym świecie markami, jest pewnego rodzaju przełomem. Mocniej się już nie da. Prawie. Nie mniej jednak pojawili się ludzie, którzy zaczęli zastanawiać się czy to kolabo wpłynie równie pozytywnie na Supreme co na Louis Vuitton. Sam zacząłem się nad tym zastanawiać.




Z racji, że obie marki reprezentują zupełnie inne ale równie mocno wyhajpowane stanowiska, zacząłem przyglądać się tematowi pod względem korzyści płynących z takiego połączenia. Pomijam sukces komercyjny, który jest oczywisty. Z perspektywy Supreme jest to pewnego rodzaju krok milowy. Kolejny level, który już był wysoki gdy doszło do współpracy z Jordan Brand. Teraz zadziorna marka z Nowego Jorku dotarła aż pod bramy najpopularniejszego domu mody na świecie. Bogactwo, przepych i nowe możliwości. Ale co za tym idzie, pewna granica możliwości jakie planeta Ziemia oferuje. Bo co dalej? Dalej się nie da. Jeżeli w tym momencie Supreme podejmie współpracę z inną ekskluzywną marką, to będzie to po prostu kolejna taka współpraca, która nikogo po tym wydarzeniu już nie zaskoczy. Kwestią problematyczną projektu z LV mogą być ceny. Dzieciaki i tak nie wydają mało hajsu na Supreme, w szczęgolności jeśli chodzi o ceny z drugiej ręki. A tutaj ceny muszą trzymać poziom luksusowy. Więc mimo ogromnego boom, czy produkt ten jest aby napewno skierowany do fana, a nawet psychofana Supreme? Sam sobie odpowiedz. Ostatnim elementem jest sposób promocji, prowadzony przez Kim Jonesa. Prezenty dla dzieci Beckhama to klimat daleki do zadziornego wizerunku Supreme, które rzadko kiedy stawia na lookbook z prawdziwego zdarzenia.






Czym ta współpraca jest dla jednej z marek koncernu LVMH? Z pewnością zwróceniem uwagi młodych ludzi na paryski dom mody. Lecz głównie to zjawisko. Coś co jest potrzebne marce teraz, by do swoich odbiorców powiedzieć trochę inaczej, lecz zrobić to tutaj, teraz i nigdy więcej później. Przeciętny klient Louis Vuitton to ktoś kto przede wszystkim ma zasoby finansowe, pozwalające mu na to by takim klientem być. Nie liczy ile wydał na koszulkę. No chyba, że mówimy o tureckich torebkach LV. Tak czy inaczej to tylko taka zabawa z marką skateboardową, która pozwoli klientom z wypchanymi kieszeniami poczuć trochę innego klimatu. Poobcować z deską tak "dla zabawy", aczkolwiek z daleka od ulicy i deskorolki samej w sobie. Większość z tych klientów pewnie nie będzie wiedzieć czym to jest, a w następnym sezonie dostaną nowy temat, zapominając o czerwonym box logo. Może jedynie dzieci Beckhama będą pamiętać.




W tym tygodniu media szalały łapiąc się każdego tweeta na temat sprzedania marki Supreme do LVMH za 500 milionów dolarów. Chwilę później okazało się, że to plotka nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Ale czy aby napewno dla Supreme obecnie nie byłoby lepiej gdy biznes ten został sprzedany? W 2015 roku z marką pożegnał się dyrektor kreatywny, Brendon Babenzien, reaktywując swój projekt NOAH. W tym tygodniu z Supreme rozstał się Angelo Baque, który współtworzył brand jako dyrektor marki. Co prawda Baque będzie nadal współpracował, ale jako własna agencja kreatywna, więc nowojorska marka będzie jednym z wielu klientów. Lecz nie o same kadry chodzi. Zbliża się moment, w którym system funkcjonowania marki w taki sposób jak robi to do tej pory nie będzie działał tak dobrze. Wiadomo, że można sprzedawać box logo i żyć tylko z tego, ale cegły się pokończyły i wraz z Louis Vuitton przekroczono pewne granice, za którymi po prostu nic nie ma. Dlatego nie zdziwiłbym się, gdyby niebawem za marką zaczął ukrywać się nie James Jabbia, a stado chłopaczków w garniturach, wklejających czerwony prostokąt gdzieś pomiędzy tabelki sprzedaży.

.zulu kuki



0 komentarze:

Prześlij komentarz