Obejrzałem THE GET DOWN i mam mieszane uczucia.

Taki serial o Hip Hopie, bo czemu by nie?




Jestem po pierwszych sześciu odcinkach The Get Down. Nie wiem czy planowe są kolejne. Szczerze to w sumie nawet chyba bym nie chciał, a może i trochę bał się wydłużania tej jakże banalnej historii. Nie chodzi mi o historię kultury Hip Hop, bo to nie film o niej wbrew wszelkim zapowiedziom środowiska.  To bardziej film o problemach i rozterkach młodych ludzi, którzy żyją w czasach, gdy Hip Hop rodził się, nie określając siebie jeszcze jako Hip Hop. To jest Netflix, a nie zbiór niskobudżetowych filmów dokumentalnych. Ale nie chcę po produkcji jechać całkowicie. Dlatego też opowiem Ci trochę o moich wrażeniach, dzieląc to na te pozytywne jak i negatywne. Jeżeli jeszcze nie widziałeś filmu, czuj że treść ta śmierdzi spoilerem i opuść to miejsce póki masz jeszcze czas. Żeby później nie było, że nie ostrzegałem.




Zacznijmy od tych pozytywnych aspketów netflixowego serialu The Get Down. Postaram się by było ich więcej. Wejście w Bronx roku 1977 odbywa się przy eskorcie Nas'a. Swoim storytellingiem niczym rodzic prowadzący dziecko za rękę, kieruje nas do świata głównych bohaterów. To jest coś pięknego i niesamowicie prawdziwego, zważywszy na fakt, że Nas to jeden z najbardziej charakterystycznych flow Nowego Jorku.




Drugim fajnym (ale tylko do połowy) aspektem jest to, że obraz dzieciaków z Bronxu, mimo pewnego przekoloryzowania, pokazuje to z czym zmagał się Nowy Jork lat 60tych i 70tych. Czemu tylko do połowy? Fajnie, że w tej historii ubranej w Puma Suede i Kangole jest też miejsce dla ulicznych gangów, którym nie podkręcono wieku, by nadać sztucznej powagi sytuacji. Szkoda, że odcięto tę część społeczeństwa Bronxu i przedstawiono jako tych destrukcyjnych, a nie tych współtworzących. Bo tak przecież było. Ale o negatywach później.




Najmocniejszym aspektem (dla mnie) są wątki historyczne, które twórcy w subtelny ale i ambitny sposób wkleili w film rozrywkowy. Jednym z nich było powołanie się na postać o imieniu Robert Moses, w trakcie jednej z rozmów Ezekiela z panem Gunns. To o czym film nie traktuje, a dla wielu może być ciekawą informacją to to, że właśnie Robert Moses i jego świetny plan stworzenia drogi eskpresowej przecinającej Bronx (Cross-Bronx Expressway), doprowadził do zamknięcia wielu zakładów pracy na Bronxie i wysiedleń mieszkańców. Pisząc wiele zakładów pracy, mam na myśli ok 600 tysięcy miejsc pracy. Drugim destruktorem Bronxu byli deweloperzy opłacający podpalenia mieszkań, w celu uzyskania odszkodowania. O tym w filmie wspomniane jest. Z racji, że jest to rok 1977, autorzy nawiązali także do blackout z dni 13-14 lipca, ukazując zmianę zachowań w społeczeństwie oraz katastrofalne konsekwencje awarii prądu w mieście.




Ważną rolę w filmie odegrał Joe Conzo. Jest to jeden z pierwszych fotografów dokumentujących narodziny Hip Hopu. Miałem przyjemność porozmawiać trochę z nim kiedyś:


Reżyser filmu, Baz Luhrmann także skontaktował się z Joe. Zdjęcia z jego archiwum przyczyniły się w mocny sposób do stworzenia kostiumów w filmie, czy też projektowania przestrzeni niektórych pomieszczeń. Bardzo fajnym zabiegiem było nawiązanie strojem Grandmaster Flasha do klasyki hiphopowych filmów, czyli Wildstyle.




Gdyby był to film historyczny, można by było czepiać się braku Zulu Nation i Afrika Bambaaty w filmie. Jest krótkie nawiązanie do nich w pierwszym odcinku. Może było tego więcej? Może ze względu na to, że odwoływanie się do Bambaaty obecnie jest trochę jak stompanie po cienkim lodzie i producenci po prostu wycięli fragmenty z nim związane? Nie zdziwiłbym się. Cieszy jednak fakt, że poświęcono sporo uwagi dla Grandmaster Flasha i Kool Herca. Bardzo fajnym (i prawdziwym) zabiegiem było umiejscowienie rodziców Herca na imprezie. Tak też było. Ludzie mieli szacunek do jego ojca, gdyż był ważną postacią dla społeczeństwa. Szkoda tylko, że zabrakło Cindy.




Ciekawym zabiegiem jest także zaprezentowanie przejścia z jednej aktywności do drugiej. W filmie Shaolin Fantastic mimo swojej popularności w świecie graffiti, rzuca to by zostać DJem. Kool Herc zanim rozkręcił na dobre swoje imprezy także malował. Afrika Islam zanim zaczął grać był bboy'em. Takie przejścia były czymś naturalnym. W szczególności późnie, gdy na początku lat 90tych rap całkowicie zdominował Hip Hop i każdy chciał zostać raperem.

Może coś jeszcze mi się podobało i zapomniałem o tym. Nieważne. Spójrzmy na tą gorszą stronę filmu.

Zacznę od efektów. Domyślam się, że rekonstrukcja komputerowa Bronxu lat 70tych łatwa nie jest, ale czasem obrazek był tak sztuczny, że aż kuł w oczy. Drugą kwestią męczącą mnie bardzo, było zrobienie z Shaolin Fantastic pajaca. To, że dzieciaki w latach 70tych jarały się mocno produkcjami z Brucem Lee tajemnicą nie jest, ale zrobienie z niego pozera sztuk walki, mnie osobiście bardziej żenowało niż śmieszyło. Aczkolwiek domyślam się, że śmieszyć miało.





Zostając jeszcze przy tej postaci i najważniejszej misji jaką było zostanie DJem, zastanawia mnie jedna rzecz mocno. W filmie przyjmuje on wszelkie wskazówki od Grandmaster Flasha, kolekcjonuje płyty, kradnie sprzęt, odbudowuje respekt, itp. Mimo, że nie gra imprez, to po zebraniu ekipy i graniu z kasety, wszyscy wiedzą jak się nazywają. Czego tu brakuje? Najzwyklejszego w świecie grania. Przez 6 odcinków dostajemy wiele nauk i wskazówek, by pierwszym publicznym wystąpieniem, była bitwa w ostatnim odcinku. Sama bitwa też całkiem śmieszna. Dwie ekipy naprzeciw siebie ze sprzętem, a po środku bboys, którzy mają zatańczyć do lepszej muzyki. Wiadomo to fabuła filmu, która miała wprowadzić trochę dramaturgii, akcji i emocji, no ale... czy prawdziwi bboys odpuścili by sobie wszystkie te breakbeaty stojąc jak wacki, by zatańczyć dopiero do tego, czego wcześniej nie słyszeli? A gdyby to im się nie spodobało to co? Wpadliby na imprezę, by przez całą robić bboy stance pod ścianą? Bitch please. 




No i sama fabuła. Gdyby wyciąć tą hiphopową otoczkę z filmu, dostalibyśmy banalny schemat przedstawiający młodego człowieka rozdartego między znajomymi, a dziewczyną na której mu zależy oraz między pasją, a oczekiwaniami społeczeństwa. Wszystko przyprawione narkotykami, szczyptą przemocy i dużymi cyckami nastoletnich dziewczyn. Może inaczej. Film za wiele nie wymaga od odbiorcy. Pozwala cieszyć się prostym i ładnym obrazkiem, bez zmuszania do refleksji. W dodatku co jakiś czas zmienia się w High School Musical i dojeżdża uszy śpiewami nastolatek w zakładzie fryzjerskim, czy też metro. No trochę jest to wszystko przesycone. Przynajmniej dla mnie.




Złapałem się na tym, że oglądając film szukałem ciekawych rozkmin, tajemnic które do scenariusza trafiły prosto od Flasha czy Herca. Dopiero po obejrzeniu 6 odcinka i wstępnym niezadowoleniu, dotarło do mnie, że film przesycony historią, a nie efektami, nie miałby racji bytu i raczej nikt nie wyłożył by tyle siana (a podobno to najdroższa produkcja Netflixa). Za to dostaliśmy ładny obrazek, niekoniecznie wyidealizowany, ale za to ozdobiony ciekawostkami historycznymi. I to jest spoko. Chyba. Nie wiem jednak czy po tych 6 odcinkach kontynuacja i rozbudowywanie fabuły pomiędzy wschodzącą gwiazdą umierającego disco, a przygodami rapującego inteligenta na Bronxie, nie sprowadziła by serialu na złą stronę. Zobaczymy. Tak czy inaczej serial zobaczyć polecam, tak dla samej przyjemności oglądania. 

.zulu kuki




0 komentarze:

Prześlij komentarz