Spieprzyłem ostatnie 4 miesiące swojego życia.

Taka osobista porażka.




To nie spowiedź, nie bój się. Nie będę też nawijał Wam makaronu jak deynn na snapchacie, mówiąc o kryzysie w jej związku. To było tak głupie, że nawet ja to widziałem, mimo że snapchata nie mam. Koniec intro o niczym.

Wraz z początkiem lutego doznałem kontuzji kolana. Początkowo sprawa wydawała mi się być błaha i w 100% lekceważyłem czasowe trudności w chodzeniu. Gdy sporadyczny problem stał się codziennością moje podejście zmieniło się. Nigdy nie miałem nic złamanego, wcześniejsze kontuzje też mnie nigdy nie wykluczały na dłużej niż 2 tygodnie. Pierwszy raz chyba zacząłem się tym przejmować i z dnia na dzień zaprzestałem treningów, próbując niezwłocznie dostać się do lekarza. Dostałem się i w sumie fakt ten cieszyłby mnie bardziej, niż dostanie się do wymarzonej szkoły, gdyby nie to, że zdecydowałem się na prywatną usługę. Ta publiczna, dostępna dla wszystkich zakładała 2 miesiące czekania na wizytę u ortopedy. Ale to przecież niczym odkrywczym nie jest. 

Pomińmy kwestię kontuzji. Ból nie był przyjemny, ale więcej nieprzyjemności rodziło się w głowie, na myśl o konieczności zaprzestania treningów na czas łącznie 3 miesięcy. Świadomość ta trochę mnie dobijała, lecz co gorsza rozleniwiła fizycznie. Mogłem trenować, np. wzmacniać górne partie mięśni, czy je rozciągać, lecz wklepałem sobie w głowę zakaz i się tego trzymałem. Tak było wygodniej. Powrót do treningu zajął mi nawet więcej niż musiał, bo rozleniwienie w połączeniu z siedzącym trybem pracy, spowodował że zdziadziałem. Tak właśnie. 

Ale wróciłem. I nie ma tu dumy czy czegokolwiek podobnego. Dzień po pierwszym treningu myślałem, że umrę. Nigdy wcześniej mięśnie mnie tak nie bolały, a zakwasy schodziły znacznie dłużej niż kiedykolwiek. Te 4 miechy bez wysiłku fizycznego były moją najdłuższą przerwą w życiu. Kondycja spadła mi maksymalnie. Ten pierwszy trening dał mi dużo do zrozumienia. Zacząłem szczerze współczuć wszystkim, których dopadło życiowe lenistwo. Pewnie, że nie każdy czuje potrzebę wysiłku fizycznego w swoim życiu, ale nawet nie wyobrażam sobie w jakiej kondycji jest ciało kogoś, kto od kilku lat za największy wysiłek może uznać wejście po schodach na drugie piętro. To musi być katorga. I szczerze współczuję każdemu kto takowej potrzeby ruszenia dupy swej nie czuje.

Mimo, że do odbudowania kondycji w 100% jeszcze trochę mi brakuje, jedno jest pewne:
Zapierdalać trzeba.

I robić selfie na głowie.
.zulu kuki



0 komentarze:

Prześlij komentarz