Dwa dni po śmierci Phife Dawga wszystko wróciło do normy.

Daj światu swoją twórczość i umrzyj. Później daj światu 2 dni, żeby mógł zapomnieć o tym.


Klasyczek. Zabawna, ale nadal klasyczna sytuacja. Umiera jakiś artysta, portale zabijają się o to, który pierwszy o tym napisał, a ludzie okazują swój smutek, publikując utwór na swojej facebookowej tabilicy. Część z nich szuka czegoś mniej popularnego, by pokazać, że znają coś więcej niż tylko te popularne utwory. Druga część dowiedziała się, że zmarł ktoś ważny i wklepują w YouTube jego imię. Następnie wrzucają pierwszy z góry utwór. I tak to się kręci. Przypominamy sobie ulubione utwory, oglądamy twarz zmarłego na przeróżnych fotografiach, lub po prostu go poznajemy, bo wcześniej nigdy o nim nie słyszeliśmy. Dwa dni później burza się kończy, wszyscy już wiedzą, że wszyscy wiedzą i na 3… 2… 1… zapominamy o tym. Mission Completed. To jest normalna sprawa.


Ale chyba dlatego staram się w tym nie uczestniczyć. Gdy David Bowie zmarł cały świat się przewrócił do góry nogami. Nie mój, bo szczerze jego twórczość była mi znana tyle, co zobaczyłem coś w artykułach na i-D. Ale świat się przewrócił, bo dla wielu ludzi był on kimś wielkim, a dla wielu to wielka szansa by wykorzystać śmierć do celów zarobkowych. Jebać czy to etyczne, czy nie. Z Michaelem Jacksonem było tak samo. Na Tupacu robi się hajs od 1996 roku, np. sprzedając licencję z jego wizerunkiem markom odzieżowym. Pomijając już fakt, że był on mocno robiony na kasę za życia.

Z Phifem tak nie będzie. Albo nie w taki sposób. W głowach większości istniał bardziej jako członek A Tribe Called Quest, niż jednostka. Póki jego ziomale żyją, ciężko na tym zrobić kasę chciwym tego świata. 


Nie traktuję tu często o muzyce, choć stanowi ważną część mojego życia. A Tribe Called Quest pojawiło się w nim jakoś w wieku lat 17, gdy chłonąłem wszystko co było z Nowego Jorku i zostało wydane przed 2000 rokiem. ATCQ przewijał się zapętlony, gdzieś obok  takich nazw jak Black Moon, De La Soul, Gang Starr, LL Cool J, KRS-ONE, Slick Rick, EPMD, Public Enemy, Eric B & Rakim, Nas i wielu innych. Specyficzny nowojorski klimat poza który nie chciałem wychodzić. I mimo, że śmierć artysty nigdy nie wnosi niczego pozytywnego, to co zostawił po sobie w jakiś sposób kształtowało moje gusta muzyczne przez wiele wiele lat i pozostaje nieśmiertelne. Coś w tym jest, że muzyka z tamtych czasów to coś do czego się wraca znacznie częściej niż do produktów artystycznych świata współczesnego. Mam nadzieję tylko, że nie pojawią się zaraz w sprzedaży koszulki z wizerunkiem Phife’a.

A Tribe Called Quest till infinity! Phife Dawg till infinity!

.zulu kuki


0 komentarze:

Prześlij komentarz