To tylko używka.

A ja używam, czasem kontrolując swoje uzależnienie, a czasem nie. Można to nazwać też kontrolowanym zaburzeniem ruchowym. Można też tańcem. Problem pojawia się, gdy chcesz podmiotowi nadać nazwę, na podstawie czynności, którą wykonuje. Nie jestem tancerzem.



Kiedyś wypisywałem inaczej. To ułatwia identyfikację. Trenowałem, prowadziłem regularne zajęcia, jeździłem też po Polsce odpalić jakiś warsztat czy siebie w conteście. Ale nigdy nie byłem tancerzem. Byłem (i nadal jestem) osobą, dla której taneczna aktywność jest sposobem ekspresji.  Jest mi to potrzebne. Tylko tyle. Albo i aż tyle.

Tancerzami są ludzie, którzy się temu poświęcają w całości. Umiejętności pozwalają im zrobić z tego swoją profesję, a zaangażowanie sposób utrzymania. Jeden ze znajomych nakierował mnie na takie spostrzeganie „tancerza”. Jest w tym dużo prawdy. No i on rzeczywiście tancerzem jest.


Choć to tylko kolejna kwestia ułatwiająca identyfikację, czy też jej brak. Bo jeśli nie chodzisz na żadne zajęcia, a lubisz tańczyć przed lustrem w domu, to wystarczający poziom zaangażowania, by móc określić siebie tancerzem? Jeśli trenujesz pod okiem „profesjonalistów”, ale poza doświadczeniem na sali treningowej nie możesz się pochwalić żadnym innym, to jesteś tancerzem? Jeśli zapłacisz za weekendowy kurs instruktorski, który daje Ci uprawnienia, ale daje też każdemu innemu Andrzejowi, przypominając swoje działanie do działalności burdelu, to jesteś już tancerzem?  Instruktorem? Dokument mówi, że coś potrafisz i nawet możesz pokazać jak to się robi. To jak? Jeżeli wygrywasz sporo contestów tanecznych, ale ani one ani zajęcia, które prowadzisz nie pozwalają Ci się z tego utrzymać, to jesteś tancerzem, czy nim nie jesteś? Czy może to od stażu zależy? Intensywny rok wystarczy? Czy leniwa dekada to Twój dowód taneczny, za który możesz kupić szampan i celebrować? A może ktoś jest bardziej tancerzem, a ktoś mniej porównując różne sytuacje?

Powiedziałbym, że się w tym gubię. Ale chyba nawet nie chcę odnaleźć. Chcę za to pójść na salę i sobie coś pokombinować. Zajechać się na śmierć, albo sobie posiedzieć i pomyśleć.  Chcę połączyć różne elementy, które mnie fascynują bez potrzeby definiowania tego konkretnym stylem. 

Dlatego odpuściłem sobie prowadzenie zajęć, rywalizację i warsztaty. Została sala, którą odwiedzam z Denym bądź sam, traktując to miejsce na kilka godzin jak świątynie. A po zamknięciu drzwi od zewnętrznej strony zabieram tę świątynię ze sobą. W głowie. To jest mój świat, w którym nie ma potrzeby definiowania tańca. Jest za to potrzeba tworzenia. Tylko tworzenia.

.zulu kuki


0 komentarze:

Prześlij komentarz