LACE UP! Czyli Machine Gun Kelly w Warszawie i energetyczny pogrom.

Jeśli Cię nie było, to moja opowieść i tak Ci nic nie da.


Typowo i klasycznie "tam po prostu trzeba było być". 

No bo co mogę Ci powiedzieć? Że MGK rozjebał system? Tak było, owszem. Ale słowa te nie sprawią, że będziesz miał gęsią skórkę na ciele, tak jak ja i inni uczestnicy tej imprezy. Nawet jak wykręcisz sobie bassy na maksa i zapodasz, któryś jego numer z odtwarzacza. Emocje nie do opisania, więc nie opisuję. Za to mogę podzielić się z Tobą odczuciami odnośnie całego eventu, organizacji, supportu, publiki oraz podzielić się z Tobą zdjęciami, które zostały nastrzelane głównie przez Michała502, gdy razem koczowaliśmy w fosie pod sceną z obiektywami wycelowanymi w MGK i jego band. Spoko? To cieszę się bardzo.

Mimo, że koncert głównego artysty zaczynał się o godzinie 21:30, halę otwierali dla publiki o godzinie 19, my na miejscu pojawiliśmy się już po godzinie 17. Mój brat wyczuł, że kolejki do wejścia mogą ustawiać się już wcześniej i rzeczywiście tak było. Dwie godziny przed otwarciem, linia byla już pokaźna.






Tłumy widoczne na zdjęciu to już końcóweczka kolejki, która skręca jeszcze dwa razy w lewo i ma długość kilkudziesięciu metrów. Co się dziwić. Hala Sportowa "Koło" przyjęła w gości około 3 tysięcy osób. 


Mimo długiej kolejki, o godzinie 19 wraz z przyjmowaniem ludzi do środka, sprawdzanie i przepuszczanie ludzi przez ochronę, porządnie się rozpędziło i znajomi, którzy przed startem zajmowali jedne z ostatnich miejsc stojących w klasyfikacji ogólnej, dosyć szybko dali znak SMS, że już są w środku. 


Około godziny 20 na scenę wjechał Flint. Gdybym był bardziej poprawny, napisałbym że było super. Niestety patrzę przez pryzmat moich upodobań muzycznych i ten gość całkowicie się z nimi mija. Może dlatego, że nie fascynuje mnie repertuar, w którym większość utworów jest na temat tego, że nie może się wybić. Nie wiem. 


Ale publikę rozkręcić mu się udało. A to chyba w supportach najważniejsze. Chociaż w przypadku takich artystów jak MGK i faktu, że to pierwszy jego koncert w naszym kraju, sądzę że większość była już gotowa do skakania pod sceną, od momentu gdy wyszło pierwsze info o tym, że pojawi się w Warszawie.

Szybka przepinka i o 21:30 wjechał na scenę band, który przez kolejne półtora godziny, zapisywał w sercach uczestników momenty, które zostaną oznaczone sentymentalną plakietką "niezapomniane". 



Świetne zgranie, mnósto charyzmy i energia, którą ciężko było zblokować, nawet stojąc z aparatem gotowym do strzału. MGK nawijał, grał na gitarze, grał na perkusji, latał, wspinał się po rusztowaniu, a następnie z samej góry też nawijał. A co! Niesamowita energia. Zarówno jeśli chodzi o niego, jak i wszystkich członków zespołu. 



Co mam Ci jeszcze powiedzieć? Jakie utwory zagrał? Nie będę Cię dobijać. 

Zdjęcia, które widzisz powyżej to praca Michała502. Całą relację jego autorstwa dorwiesz tu: link

Poniżej kilka zdjęć mojego autorstwa, aczkolwiek dopiero zaczynam się uczyć, jak dobrze "jebnąć" na koncercie. Ale co ja się będę tłumaczył. Badaj to.



No i fakt. MGK w dobrych kicksach chodzi.




Także ten. Wielkie big up dla BIG IDEA i Live2Listen za ogarnięcie (i to zajebiste ogarnięcie) takiego wydarzenia. Jaranko, że są w Polsce tacy ludzie, którzy odwalają kawał dobrej roboty, by fani mogli zobaczyć na żywo artystów, których muzyka kieruje ich życiem. Do zobaczenia na eventach i LACE UP!

.zulu kuki



0 komentarze:

Prześlij komentarz