Wychowując się na dzikim zachodzie - część 1.

Opowiem Ci jak to jest i to nie będzie krótka opowieść. Ale jakoś super długa też nie. Ewentualnie podzielona na rozdziały, sceny i role.



Gdy człowiek dorasta trochę inaczej patrzy już na niektóre rzeczy. Czas, doświadczenie i własne rachunki co miesiąc nie sprawią, że będziesz mądrzejszy. Co najwyżej mniej głupi. Ale to też nie zawsze. 

Wraz z Michałem wybraliśmy się w moje rodzinne tereny. Miejsce w którym za dzieciaka czułem się jak ryba w wodzie. Później jak dorsz w akwarium zrobionym ze szklanki. Dzisiaj jest jak wysepka spokoju na oceanie podróży i szybkiego życia. Mieszkając w dużym mieście na początku znasz swoje podwórko jak własną kieszeń. Dorastając porównujesz do kieszeni swoją dzielnicę, a jak będziesz pro, to i miasto. W małej miejscowości za dzieciaka poznajesz całe miasto i okoliczne lasy, a dorastając do własnej kieszeni porównujesz to samo co za dzieciaka, albo szukasz w niej dziury i próbujesz przez nią uciec. Ja tak miałem. 



Dzisiaj natomiast szukam luki w kalendarzu, by zszyć dziurę w moich spodniach, wyruszyć w nich i docenić to co ignorowałem kiedyś tak bardzo, jak obecnie zaczepki na Facebooku.

I w tym momencie odkrywa się wszystko na nowo. Las, który budził wyobraźnie, a następnie ewoluował w "po prostu las", dziś przeżywa kolejną transformację, a ja sam rozglądam się po drzewach wypatrując, które z nich najlepiej nadawałoby się na zbudowanie domku. To wraca. Ja też, tyle że z przyjacielem i dwoma Canonami. 



Tutaj się nie szuka miejsc do zdjęć. Odwiedza się miejsca, które kiedyś coś znaczyły i zostawiły po sobie pamiątkę w sercu. To czego szukasz to kadry.



Masz czas bo jesteś blisko domu, więc trzaskasz zdjęcia do upadłego. Albo po prostu się kładziesz i z tej pozycji wyłapujesz to co chcesz zachować na fotografii. Gdy masz jakąś wizję to nie uznajesz kompromisów. Tego się w sumie nauczyłem najbardziej mieszkając w małym mieście i przeprowadzając się do każdego kolejnego. Jeśli czegoś chcesz to musisz się nauczyć poświęcić wiele. 



A później podziwiasz to co zrobiłeś, albo co wyłapał Twój ziomal.



Zresztą trzeba przyznać, że czarny Magnus z brązowym paskiem, w mchu prezentuje się rewelacyjnie. Michał ma oko.



Lubie te nasze zajawki. Połączenie naszych pasji i aktywności z zamiłowaniem do mody ulicznej, czy też streetwearowej (zwał jak zwał). Czasem wydajemy sporo kasy na to co lubimy, by poza przyjemnością noszenia, móc kroczyć drogą wizerunkową naszych ulubionych marek i zrobić zdjęcia w ich klimacie, ale naszej wizji. Czy warto? Chociażby dla samej satysfakcji robienia zdjęć - zdecydowanie.



Plecak Herschela jest dla mnie symbolem podróży. Jak każdy zresztą, ale marka ta typowo kojarzy mi się z podróżami z dala od miasta. Coś na zasadzie człowiek vs. natura. Do tego World Tour od Stussy. Hmm.. czy trzeba na polski tłumaczyć słowa World Tour? (Jakby ktoś potrzebował wiedzieć więcej to tu) Wydaje mi się, że nie. Ransom - marka której hasłem przewodnim jest "Go Forth Onto The Never Ending Path". Ten model akurat niedostępny w Polsce, ale inne ciekawe kapcie od niedawna dorwiesz w PanPablo.pl - pierwszym sklepie, który oferuje Ransoma w naszym kraju. Do tego joggery Backyard w militarno oliwkowym kolorze. I mój Canon. Więcej nie potrzeba. 







#WellTraveled mówiąc językiem Instagrama. Mówiąc własnym cieszę się, że Polska mimo, że politycznie i czasem społecznie trudna, to jest niesamowicie pięknym krajem. Kiedyś tego nie doceniałem. Las w Szwecji wydawał mi się fajniejszym lasem, bo dojeżdżało się do niego lepszą drogą. Cieszę się też, że na przestrzeni lat, tak samo jak do różnych zakątków świata (Tokio w tym roku), ciągnie mnie równie mocno do zwiedzania naszego kraju i badania jego natury. Jeśli i Ty poświęcisz chwilę na takie badania, w bardzo krótkim czasie staniesz się największym odkrywcą świata. 

Niebawem część 2.

.zulu kuki

0 komentarze:

Prześlij komentarz