Dzięki mamo za życiowy wpierdol.

Droga Mamo,
Wiem, że to przeczytasz, przecież czytasz każdy mój wpis tu. Czasem coś skomentujesz nawet.

Tak na wstępnie załączę nasze wspólne zdjęcie. Lubię je bardzo mimo, że ma prawie dwa lata, a ja teraz brodę na japie.


Ogólnie jak dobrze wiesz i nie tylko Ty, nie lubię wszelkich świąt z kalendarza. Nie ważne czy to Boże Narodzenie, czy to moje urodziny, czy cokolwiek. To wszystko jest takie pompowane i... ja dzisiaj nie o tym, bo przegnę. Ale pośród tych wszelkich Andrzejek i innych okazji do wydania kasy w imię "pamięci", to jedno święto lubię. Piszę to dziś, 26 maja, więc raczej nie chodzi mi o Barbórki. 

To jest taki dzień, w którym za każdym razem się zastanawiam jak to między nami jest. W inne dni też się zastanawiam. 

Mógłbym w taki dzień np. podziękować Ci, za to że mnie wychowywałaś, ale przecież to taki obowiązek rodzicielski. Tak jest i tyle. Pewnie kiedyś gdy mi się urodzi dziecko, też tak będę miał, mimo że teraz jak myślę o sobie jako o ojcu, to zastanawiam się, które z nas dwóch (ja czy pociecha), bawiłoby się lepiej w piaskownicy. Teraz to nieważne. Zobaczymy!

Jak wiesz lubię obserwować ludzi. Gdy byłem młodszy też lubiłem i tak często nie rozumiałem, dlaczego ja nie mogę czegoś, co dla moich kolegów było normalne. Te wszystkie ograniczenia, obowiązki, z którymi moi koledzy się nie zmagali. Widziałem tą niesprawiedliwość i czasem im zazdrościłem, że tak mogą wiele. Nawet jeśli to nie było rzeczywiście dużo, to zawsze więcej niż ja.

Dopiero gdy wybyłem z domu i zamieszkałem w internacie zrozumiałem, że niepotrzebnie im zazdrościłem. Poczucie obowiązków spowodowało, że nie pojebało mi się w głowie jak wielu moim znajomym, którzy poczuli za dużo wolności. Proste, że też działałem bez wyobraźni czasem - w końcu w pewnym momencie z tego internatu mnie wywalono (na rzecz innego). Ale cały czas trzymałem rękę na pulsie. Gdyby tak nie było, nie pisałbym do Ciebie tu, jako najszczęśliwszy człowiek na ziemi. 

Po skończeniu szkoły i zaczęciu życia "na własną rękę"  pojąłem jak wiele dla mnie robiłaś, nie robiąc nic. Tak wiem, to śmiesznie brzmi. Ale za to chyba jestem Ci wdzięczny najbardziej. Za to, że pozostawiłaś moje wybory moimi wyborami. To nie jest tak, że miałaś to w dupie, bo interesowało Cię to. Mówiłaś swoje zdanie. Ale nigdy nie ingerowałaś w to. Pozwoliłaś mi odczuć na własnej skórze jak życie potrafi spuścić wpierdol. Wybór szkoły średniej zostawiłaś mi. Wybór studiów także, mimo że psychologia po technikum samochodowym jest jak kolorowanie kolorowanki wychodząc z premedytacją za linie obrazka. I to jeszcze nie tymi kolorami co trzeba! Rozumiałaś, że moje życie to ludzie i im chcę się poświęcić. Może nawet wiedziałaś to zanim sam to odkryłem. Pomagałaś mi to rozwijać udostępniając przestrzeń i czas wydarzenia szkolnego, bym tam mógł poprowadzić swój pierwszy wykład o Hip Hopie. Po tym zacząłem to robić w całym kraju.



Nie wszystkie wybory były dobre, ale nie żałuję żadnego. Nie umiem. Kilka razy życiowo wywaliłem się na mordę  i cieszę się, że zamiast rzucać się i zbierać ze mną zęby, wolałaś zapytać co z nimi teraz zrobię. 

To właśnie to, że nigdy nie pokazałaś mi, że wątpisz w moje możliwości i plany, zbudowało mnie tak pewnym siebie (czasem pewnie aroganckim) człowiekiem, który każdego dnia realizuje się spełniając własne marzenia.

Mógłbym tego tu nie pisać. Pewnie, że mógłbym. Ale miłość do Ciebie jest dla mnie tak otwartym tematem, że każdy kto w jakichkolwiek okolicznościach tutaj trafił, powininen to wiedzieć. Niezależnie czy ktoś czyta tu wszystko, czy trafił przypadkiem. 

Jeśli natomiast dla Ciebie Czytelniku to za prywatny wpis, to sorry. Nie jestem portalem. Nazywam się Łukasz i raz powiem Ci co ubrać, innym razem co czuję.

A czuję miłość.

.zulu kuki


0 komentarze:

Prześlij komentarz