Szczęście smakuje jak kilogram cukierków czekoladowych.

Nie. 
To taka szybka odpowiedź gdybyś odwiedził ten wpis licząc na to, że za podchwytliwym tytułem kryje się przepis na szczęście w życiu. Przepisem na cukierki czekoladowe też to nie jest. Nie bawię się w poradnik. Przynajmniej nie kulinarny. Poza tym cukierki czekoladowe są tak niezdrowe i źle wpływają na dietę bezglutenową. A teraz to ona trzęsie internetem. 
Bitch please...


To historia z życia. Nie będzie straszna i mroczna. Nie będzie morderstw i gwałtów. Chociaż co dokładnie dzieje się za czyimiś drzwiami nie wie nikt.

Gdy byłem mały, mój brat mniejszy, a rodzice jeszcze razem, mieszkaliśmy w bloku, na ostatnim, czwartym piętrze. Pod nami mieszkała starsza kobieta z mężem i wnuczką. Z bratem lubiliśmy i tą kobietkę i jej męża. Z racji, że nasi dziadkowie mieszkali od nas daleko, jakoś tak się przyjęło, że mówiliśmy do tych sąsiadów babcia B. i dziadek B. Byli spoko. Szczególnie babcia. Pamiętam zawsze była dla mnie synonimem słowa “dobra kobieta”. Nawet wtedy, gdy nie wiedziałem jeszcze co to znaczy synonim. Zawsze miła dla nas i dobra dla swojego męża. Bardzo dobra.


Jeśli łatwiej będzie Ci sobie ją wyobrazić, bądź już to zrobiłeś i mogę to zepsuć to była bardzo szczupła i żylasta. Starość w bardzo mocny sposób sprezentowała jej zmarszczki, upodobniając skórę do ręcznie skręcanego papierosa. 


W bloku, w którym mieszkaliśmy ogrzewanie było na opał, więc trzeba było popitalać z drewnem na czwarte piętro. Dla nas młodych i pełnych energii to nie problem. Pamiętam często pomagaliśmy wnieść jej wiadereczko z kilkoma kawałkami drewna na trzecie. Ale jak nas nie było, to musiała robić to sama. Przejebane.

Gdy byłem w gimnazjum jej mąż zmarł. Starość. Rak. Nie wiem do końca. Jakoś po tym moi rodzice się rozwiedli, a chwilę później ostatni raz zamykałem za sobą drzwi mieszkania, na czwartym piętrze. Później przeprowadzałem się kilka razy i dziś jestem w Gdańsku. No hej.


Jakiś czas temu odwiedziłem moją mamę, która nadal mieszka w tej miejscowości. Powiedziała mi, że czasem gdy idzie do pracy, spotyka po drodze babcię B. Pewnego razu zatrzymała ona moją mamę, by porozmawiać chwilę. Opowiedziała jej o tym, że w końcu w domu robi remont. Była pełna energii. Żyło się jej dobrze. Z dialogu, który powtarzała mi mama, szczególnie jeden fragment utkwił mi w pamięci, powodując dreszcze na ciele. 

- On nigdy we mnie nie wierzył, nigdy. Mówił, że nic w życiu mi się nie uda. A ja teraz dopiero prowadzę życie. Mogę wszystko. Mogę sobie kupić nawet kilogram cukierków czekoladowych i nikt mi tego nie zabroni.

To szło jakoś tak. Pamięć odtwórcza mogła przestawić wyrazów kilka, ale nie kontekst.

Jeśli doczytałeś do tego momentu pewnie zastanawiasz się na chuj straciłeś tyle cennego czasu w swoim życiu na taką marną opowiastkę. Mogłeś przecież w tym czasie polubić 17 zdjęć na Instagramie. To teraz zastanów się nad czymś innym.


Pomyśl jakim trzeba być skurwysynem, żeby styrać komuś mózg tak, by stracił jakąkolwiek wiarę w siebie. Już nie chodzi o zdobywanie gór jak pisałem wcześniej, bo nie każdy jest życiowym alpinistą. Chodzi o proste przyjemności życia. Prostego życia. Jak podły i egoistyczny trzeba mieć charakter, żeby opanować czyjąś psychikę do tego stopnia, że boi się bez pytania wysikać. A później spuścić wodę. Są tacy toksyczni ludzie. Ktoś, kiedyś zakochał się w pewnym siebie człowieku, by później z przyzwyczajenia i poczucia obowiązku nie móc wydostać się z tyrani potwora, który nie szczędzi słów i siły, wylewając do bólu swoje życiowe niepowodzenia. Później jest takim samym skurwielem dla swoich dzieci i ta zaraza idzie dalej. Co dokładnie dzieje się za czyimiś drzwiami nie wie nikt. 


Ale trzeba być skuteczną bronią na człowieczeństwo, by po jakiś 10 latach od swojej śmierci, oznaką życiowych możliwości była możliwość kupienia sobie kilograma czekoladowych cukierków. No ja pierdole...

.zulu kuki


outfit:
snapback: HUF (link) / bluza: 108 Z.0.0 (link) / spodnie: Phenotype (link) / kicks: Asics (link)

0 komentarze:

Prześlij komentarz