CRIME vs. LEGAL VANDALISM

CRIME vs. LEGAL VANDALISM
W tłumaczeniu na polskie realia:
GRAFFITI vs. LOKALNE KAMPANIE WYBORCZE

SEANS:


I nie, nie chodzi tu o żadną walkę pomiędzy (grzecznie mówiąc) dwoma różnymi formami wizualnej zmiany przestrzeni publicznej.


Nie jestem też przeciwnikiem politycznym, krzyczącym prawilnie "jebać system". To takie polskie mieć pretensje do rządzących, nie robiąc w tym przypadku nic, żeby obecny stan rzeczy się zmienił. Sam nie głosuję w wyborach, nie pochwalam tego co się dzieje w Rządzie, ale też nie krytykuję. Krótko mówiąc jestem obojętny politycznie. Dlatego też materiał, który stworzyłem nie odnosi się do konkretnych polityków czy partii.


Problemem, który strasznie mnie dotknął jest to, w jaki sposób odbywa się promocja osób, starających się dojść do władzy lokalnie. 

Gdy wlepiasz wlepkę na słup, bądź skrzynkę elektryczną, dokonujesz pewnego rodzaju przestępstwa, a Twój czyn, to akt wandalizmu. Krótko mówiąc, robisz syf w przestrzeni publicznej, nie pytając o to czy możesz. Za to należy się kara. Temat idzie dalej w przypadku graffiti. Jeśli złapią Cię na akcji, no to masz przejebane. 
W tym miejscu zatrzymam wszystkie osoby, które są już w trakcie pisania elaboratu o tym, że to wandalizm, gdy ktoś maluje po prywatnych posesjach, itp.
Tak więc szybki trik: CRTL+A i Delete. 

To na czym chcę się skupić, to na miejskiej przestrzeni publicznej, czyli wszelkich słupach, murkach, budynkach i innych elementach, które należą do miasta/państwa, a nie są prywatną własnością. Tak, jeszcze kilka rzeczy takich jest w naszym kraju.


Jakiś czas temu wybrałem się na niedzielny spacer po Gdyni. To miasto jest zajebiste jeśli chodzi o spacery. Podczas robienia kilometrów, moją uwagę przykuły plakaty wyborcze. Po chwili obracając się dookoła siebie, zorientowałem się, że praktycznie nie ma ani jednego słupa, na którym by nie wisiały. Czasem po jednym plakacie, czasem po cztery, jeden nad drugim. Plakaty wyborcze wszędzie. Niezależnie od miejsca. Nie mówiąc tu już o estetyce tego wszystkiego. Plakaty na słupach, na skrzynkach elektrycznych, banery, bilbordy na budynkach wielkości całej ściany bocznej kilkupiętrowego bloku. Do tego ulotki za szybami wycieraczek, w sklepach i cukierniach oraz spoty reklamowe w internecie. 


Tutaj się nie pyta człowieka czy to ładnie wygląda. To nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia też wizerunek miasta, bo pewnie połowa z tych ludzi jak nie więcej, obiecuje, że będzie dbać o jego rozwój. Jeśli mowa o agresywnej reklamie, kampanie wyborcze są jak morderca psychopata. Nie mają sumienia. 

Co ciekawe tych ludzi nie oskarża się o wandalizm mimo, że miasta zamieniają się w jeden wielki baner. Proste, że się nie oskarża, bo to nie jednostka, a partia, a ostatecznie cały system wyborczy. Tych ludzi nie oskarża się o wandalizm mimo, że po zakończeniu wyborów, o wszystkich materiałach promocyjnych się po prostu zapomina i liczy na to, że same jakoś znikną z ulic. Znikają. Najczęściej dzięki deszczom i wiatrom, które w subtelny sposób, rozrzucają pozostałości kampanii wyborczych po chodnikach miast w całym kraju. 
Pomyśl kto za to wszystko płaci ;)

Gdybym wydrukował tonę plakatów z postacią prezentującą męskie genitalia oraz banknoty stuzłotowe i zaczął rozwieszać wszędzie gdzie się da, szybko by się mną zainteresowali i nagrodzili karą finansową. 
A przecież nie jeden z tych plakatów, które wiszą obecnie w niemal każdym mieście naszego kraju, prezentuje typowego kutasa, walczącego o większe wypełnienie własnego portfela, pod przykryciem ładnych słów, obietnic i swojego wizerunku, umieszczonego w każdym możliwym miejscu.
I żaden z nich nie pyta się Ciebie, czy chcesz na niego patrzeć.

.zulu kuki


0 komentarze:

Prześlij komentarz