Urodziłem się, by spełniać marzenia.

Jest wrzesień.

Słoneczne poranki wrześniowe przypominają mi zapach lekcji WF'u w ostatnie ciepłe dni roku i bieganie. Słońce mimo, że przyjemne nie ma już tej swojej mocy jaką to jeszcze miało kilka tygodni temu. Czuć nadchodzącą jesień. Lubię ten czas. Dni są jeszcze przyjemne, choć wieczory przybywają już szybciej, zapowiadając jak trailer filmu, to co dziać się będzie za kolejne kilka tygodni. Szybkie pory wieczorne bardziej poruszają umysł, zapisując równania myśli w postaci wierszy. Ich pewnie powstanie niedługo sporo.






Zanim jednak ten czas przyjdzie, a weekendy nabiorą akademickiego smaku, postanowiłem wybyć, by spełnić jedno z moich marzeń. Po części w mojej głowie jest ono wieczne, a po części jest stosunkowo świeże. Zacznę od tej świeżej strony.

Nie wiem jak Wy, ale ja lubię kawę. Lecz w moim życiu pełni ona bardziej rolę społeczną, niż pobudzającą. Zdecydowanie mocniej pobudzają mnie rozmowy przy niej, niż ona sama. Gdy Patrycja jest w kraju, pijemy bardzo dużo kawy. Jak jej nie ma, czasem pijemy ją razem rozmawiając przez Skype. Lubię patrzeć w jej oczy, gdy pijemy ją wspólnie.


Pewnego dnia, przed moim wyjazdem do Bydgoszczy, gdzie moi serdeczni znajomi tańcory, organizowali kolejną edycję Nocki Warsztatowej, udaliśmy się z Patrycją na kawę. Do Bydgoszczy zostałem zaproszony, by posędziować contest taneczny. Kawę piliśmy w miejscu, które tak jak Starbucksy nosi na sobie naklejkę hipsterki, no ale co poradzisz. Nie jest mi szkoda wydać ponad dychę na kawę, bo płacę za czas przy niej, a nie ten magiczny eliksir sam w sobie. Siedzieliśmy razem i zaczęliśmy przeglądać prasę, która znajdowała się w kawiarni. Nie pamiętam, które z nas to znalazło, ale pamiętam, że razem zaczęliśmy się tym ekscytować równie mocno. Sprawcą tego emocjonalnego uniesienia było zdjęcie monumentalnego klifu, o wysokości 604 metrów, położonego w Norwegii. 


Od razu zacząłem szukać w sieci więcej informacji na temat Preikestolen, gdy Patrycja w tym czasie udała się do znajdującego się obok Empiku, by sprawdzić dostępność informacji w książkach. Po szybkim researchu plan był prosty. Wybrać się tam. Niestety dostępność mojego wolnego czasu w zestawieniu z atrakcyjnością cen biletów się nie zgadzała. Sprawa była prosta. Przyjdzie na to czas. Wtedy przyszedł czas, by zmierzać w stronę dworca PKP, jechać do Bydgoszczy.

Nie wiem jak Wy, ale nie nie będę pisał drugi raz o kawie ;)
Średnio wierzę w swoim życiu w przypadek. Wierzę, że wszystko co dzieje się w nim, dzieje się po coś. Tego dnia moja filozofia życia ponownie dała o sobie znać. Na stacji w Bydgoszczy odebrał mnie mój znajomy Emil. Z Emilem znamy się od czasów, gdy zderzaliśmy się gdzieś na eventach c-walkowych. Razem śmigaliśmy ostro, a po eventach, często w większej grupie, zamienialiśmy każdą ubywającą godzinę snu na obfite rozmowy. Gdy przemierzaliśmy ulice miasta, powiedziałem Emilowi o moim najnowszym pomyśle, czyli wylocie do Norwegii. W odpowiedzi dowiedziałem się, że on kilka dni wcześniej wrócił stamtąd...


To się dzieje.
Jest połowa września i za kilka dni wraz z Emilem wyruszamy do Norwegii, gdzie przez weekend będziemy podziwiać piękno naturalne tego państwa. Namiot, śpiwory, sprzęt wideo i tony, ale naprawdę tony zajawki.

Nie wiem jak Wy, ale ja... urodziłem się by spełniać marzenia.

Dzięki Freeway, Elade i Ugly Socks za wsparcie!
19.09 - Norwegian Fjords Adventue - czas start!
Zdjęcia: głównie Michal502 i czasem internet.


.zulu kuki


0 komentarze:

Prześlij komentarz